Odległa galaktyka. Zwaśnione rasy, toczące brutalną wojnę między sobą. W samym środku konfliktu dwoje zakochanych oraz dziecko, które nie powinno się nigdy urodzić w takich okolicznościach. Brzmi to wszystko znajomo, przewidywalnie, niby sztampowo. Jak kolejna fabuła z uniwersum „Gwiezdnych Wojen”. Wystarczy jednak, że za fabułę weźmie się jeden z najbardziej pomysłowych i wpływowych obecnie scenarzystów, a będziemy mieli do czynienia z czymś zupełnie nieszablonowym. Serią, która już od dwóch lat nie schodzi z podium najlepszych komiksów amerykańskich w rankingach tamtejszych serwisów internetowych oraz gazet – „Sagą”.
Jedna z najnowszym serii Image Comics zrodziła się w umyśle Briana K. Vaughana. Stwierdzenie, że jest utalentowanym twórcą, to oczywistość. Tenże pisarz w ostatnich 15 latach był odpowiedzialny za wiele ciekawych serii, które były wielokrotnie nagradzane i zrównały go z tuzami obrazkowego medium. Mówiąc o dorobku Vaughana nie mam jednakże wyłącznie na myśli komiksowych serii pokroju „Runaways”, „Ex Machiny” czy jego dotychczasowego opus magnum – „Y: Ostatniego z mężczyzn”. Ma również wielkie zasługi na polu scenariuszy telewizyjnych, gdyż pracował nad kultowym serialem „Lost. Zagubieni”, gdzie nie tylko rozwijał poszczególne wątki, ale był też producentem i redagował pracę pozostałych scenarzystów pracujących nad tą produkcją.
Udział w „Lost. Zagubieni” jak i „Y” pokazały skrupulatność Vaughana w pisaniu długich, skomplikowanych historii, w których poruszał intrygującą gamę tematów – od dorastania i buntu wobec rodziców, przez relacje damsko męskie oraz feminizm, na posthumanizmie kończąc. W odróżnieniu zaś od Scotta Snydera, potrafi zamknąć swoje historie dosadną, wyrazistą codą, pozostającą w umyśle czytelnika na bardzo długo. Kto bowiem nie wzruszył się, widząc enigmatyczne zakończenie „Y”?
„Saga” jest niejako wielkim powrotem Vaughana do świata komiksów. Po kilkuletniej nieobecności w przemyśle, spowodowanym pracą w telewizji (pracuje obecnie nad telewizyjną adaptacją powieści „Pod kopułą” Stephena Kinga), uderzył znienacka komiksem przygodowo-fantastycznym dziejącym się daleko w kosmosie. I choć wiele osób zdążyło już porównać jego nowe „dziecko” do „Gwiezdnych Wojen” czy też „Gry o Tron”, to takie zestawienia nie mówią wiele o tym, czym jest „Saga”. Moim skromnym zdaniem, konfrontowanie jej z jakąkolwiek znaną teraz w popkulturze marką jest nie na miejscu, a wręcz krzywdzące dla twórcy. Mamy bowiem do czynienia z opowieścią mającą swój własny wydźwięk oraz nastrój, którego nie da się łatwo zaszufladkować.
Opowieść o Alanie i Marko, wychowujących malutką córeczkę w atmosferze osaczenia, jest w jakimś stopniu brikolażem. Vaughan co rusz rzuca odniesieniami do znanych w kulturze masowej motywów. Jeżeli ktoś spodziewa się po tej historii walki na miecze świetle, znajdzie na stronach „Sagi” jej manifestacje. Jeśli ktoś ubóstwia „Futuramę” i kipiące z niej ironiczne poczucie humoru, też będzie miał okazję pośmiać się momentami.
Myk autora polega na tym, że od pierwszego numeru zostajemy rzuceni w głębinę momentami dziwacznego, chwilami do bólu przerysowanego, ale fascynującego i (co najważniejsze) wiarygodnego świata. A trzeba przyznać, że scenarzysta popuścił tutaj mocno wodzę fantazji która zaszokuje, a niekiedy zadziwi czytelników. I nie mówię tutaj wcale o wielkich gadających głowach, którym wyrosły kobiece nogi. Ani Łowcach głów, przypominających uczłowieczone tarantule. Chodzi mi głównie o zwroty fabularne oraz solidnie zarysowane postacie, posiadające ugruntowaną motywację. Vaughan doskonale oddał „głosy” bohaterów, odczuwa się specyficzne cechy charakteru w wypowiadanych przez nich kwestiach. W dodatku przeczuwamy, że w dalszym toku historii przejdą metamorfozy i ewolucje swoich osobowości. Wszystko dzięki specyficznej, pierwszoosobowej narracji przewodniej, należącej do Hazel (córka Alany i Marko). Dziewczynka opowiada cały komiks na długo po wszystkich obserwowanych przez nas wydarzeniach. Już sama konstrukcja fabularna zmusza do wnikliwej lektury i zaświadcza o złożonym kształcie.
Oprawą graficzną „Sagi” zajęła się Fiona Staples, kanadyjska rysowniczka znana do tej pory z nasyconych barwami okładek. Rzadko zdarza się w amerykańskim przemyśle komiksowym, by intrygującą serię rysowała kobieta. Jeszcze rzadszym zjawiskiem jest taka jakość i własny styl prac. Staples sprawiła na stronach „Sagi”, że cała historia przesiąkła jej wrażliwością, która jest jedyna w swoim rodzaju. Nie jest to co prawda styl, który każdemu się spodoba – dużo tutaj zabawy technicolorem, efektami z Photoshopa oraz tabletem. W każdym razie ta egzotyka pasuje do niecodziennej opowieści Vaughana idealnie, tworząc wyjątkową pozycję. Jest to pierwsza dojrzała praca Staples i nie dość, że otwiera jej drzwi do wielkiej kariery oraz zapisania się wielkimi, złotymi literami w historii komiksu, to jeszcze świetnie reprezentuje współczesne czasy dla tego medium, gdzie wszystko przenosi się na urządzenia mobilne i Internet. Wizualnie „Saga” jest komiksem doby sieci i czerpie pełnymi garściami z tego, jak obecne programy graficzna wspomagają komiks.
„Saga” traktuje o wielu rzeczach. Na kartach serii Vaughan zdążył już wyśmiać powszedniejącą w naszym świecie pornografię. Ukazuje w międzyczasie od kuchni, jak w dobie wojny wypacza się znaczenia zdarzeń i wtłacza się je w machinę propagandy. Wątki te jednak są jedynie tłem, komentarzem zawartym między wierszami. Jej trzonem są losy zakochanej pary, która próbuje ułożyć swoje życie w trudnych warunkach. Sposób, w jaki Vaughan zobrazował głównych bohaterów, jest niezwykle realistyczny głównie dlatego, że scenarzysta przelał w dialogach swoje doświadczenia wynikające z wychowywania dzieci. W trakcie pisania komiksu zajmował się drugim, nowonarodzonym dzieckiem. Ich historia wydawać się może epizodem z poważnego dramatu wojennego ale tak naprawdę jest groteskowym komediodramatem, przepełnionym absurdem. Wszystkie te elementy zawarte w „Sadze” działają, ponieważ Vaughan nie pisze w napuszonym tonie. On przede wszystkim tutaj się bawi. I w tym znaczeniu lektura jest przyjemnością na najwyższym poziomie. To najlepszy komiks nowej przygody dostępny na rynku amerykańskim.
Autor recenzji: Michał Chudoliński jest absolwentem socjologii w Collegium Civitas oraz założycielem tamtejszego Koła Komiksu. Od 2003 do 2006 roku prowadził dział komiksu w serwisie „BatCave”. Redaktor naczelny „Magazynu Miłośników Komiksu KZ” (www.kzet.pl) oraz bloga „Gotham w deszczu” (www.gothamwdeszczu.com.pl) Publikuje na łamach „Nowej Fantastyki”, „Czasu Fantastyki” oraz na stronach „Polityka.pl”, „Noircafe” i „ArtPapier”.
Korekta: Radosław Pisula

